„PIĘĆDZIESIĄT TWARZY GREYA” – „Fifty Shades of Grey”

 

 

50 twarzy

 

 

Anastasia Steele jest młodą studentką literatury, która przeprowadza wywiad z intrygującym Christianem Greyem – milionerem i przedsiębiorcą. Dziewczyna jest zafascynowana inteligentnym i przystojnym mężczyzną, który robi na niej niesamowite wrażenie, jednak gdy ich spotkanie dobiega końca, stara się o nim zapomnieć. Grey zjawia się jednak w sklepie, w którym dorywczo pracuje Anastasia i prosi o kolejne spotkanie. Studentka zgadza się – tym samym wkracza w niebezpieczny świat pożądania, erotyki i głęboko skrywanych pragnień.

Pamiętam jak w zeszłym roku pojawiły się informacje medialne o tym, iż powstaje ten film. Poruszenie było dość wielkie. Oczekiwanie sięgało zenitu. Dyskusje, zastanawianie się co, jak itd. Wielu ludzi już miało swoje wizje na temat całości, tylko dlatego, że przeczytali książkę. Zgodzić się muszę, iż po lekturze człowiek ma już swoje wyobrażenia i czegoś oczekuje. Wyobraźnia potrafi zbudować fabułę, która zazwyczaj nie przekłada się na to, co później widzimy w kinach. Ja należę do grona ludzi, którzy nie przeczytali tej książki, więc i moje podejście jest z czysta świeże. Nie dałem się porwać całej tej medialnej burzy, nie czytałem recenzji (większości krytykujących) … nie ma sensu nastawiać się w taki sposób, przecież każdy z nas musi sam ocenić to co zobaczy na ekranie.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya”  obejrzałem bez większych emocji. Po prostu zobaczyłem kolejną produkcję amerykańską, jaka weszła do kin i otrzymała niezłą reklamę, poprzez całą burzę w mediach. Jaki ten film jest dla mnie? Zwykły melodramat, który mnie nie znudził, ale też nie wzbudził we mnie czegoś większego. Przyjemna opowieść o zabarwieniu erotycznym i tyle. Po prostu współczesny Kopciuszek, który dorwał niechcący swojego księcia. Nieosiągalne stało się osiągalne, jednak wszystko ma swoją cenę. Tytuł nie jest ani kontrowersyjny, ani też niczym szczególnym się nie wyróżnia. Po prostu kolejna historia „miłosna” z małą tajemnicą w tle. Całość trwa 2 godziny i na szczęście nakręcona jest tak, że nie poczułem tego. Nic mnie nie znużyło w tej opowieści, więc oglądało się przyjemnie. W obrazie natomiast nie mamy popisowej gry aktorów –   Dakota Johnson oraz Jamie Dornan po prostu odegrali to, co mieli w scenariuszu. Osobiście nie wyczułem wielkich emocji w ich postaciach.  No, może lekko bym skłamał. Była jedna scena, którą uważam za bardzo udaną i tutaj napięcie stworzono doskonałe. Scena podczas spotkania biznesowego dotyczącego zmian w umowie, między panem a poddanym. Gra ciała, spojrzeń i słów przy szklanym stole się naprawdę udała. Biorąc jednak całość pod uwagę, to postaci są przeźroczyste dla mnie, nie pozostawiające po sobie śladu.

Więcej na temat tego filmu nie mam do powiedzenia. „Pięćdziesiąt twarzy Greya”  to opowieść bez głębi i szaleństwa, a tajemnica nie jest czymś, co zostawia ślad.

Jedna myśl na temat “„PIĘĆDZIESIĄT TWARZY GREYA” – „Fifty Shades of Grey”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s