„The Lighthouse”

 

The-Lighthouse-2-1500x2288

 

Pierwszy film roku 2020 jest już za mną i myślę, że zacząłem z przytupem ale w stronę bardziej artystyczną w tym gatunku. Na pewno nie jest to całkowicie lekki film, a tym bardziej przyjemny obraz. O tym tytule już rozpisywała się prasa na całym świecie jako pewne objawienie oraz forma przedstawienia tej historii. Było ich wiele i w bardzo górnolotnym tonie, ja w taki sposób nie chcę pisać, po prostu odbieram coś na własny sposób i też niektóre tytuły potrzebuje przetrawić w sobie, by jakiś obraz się u mnie  w całości pojawił. Jak wspomniałem wcześniej, „The Lighthouse” nie jest tytułem zjadliwym od razu. To jest coś na zasadzie, hipnotycznego omamu, wchodzącego w sen na pograniczu szaleństwa oraz zatracenia się w rzeczywistości. Z początku wydawać by się mogła bardzo prosta i nudna historia dwójki obcych dla siebie ludzi, którzy znaleźli się na samotnej wyspie, by doglądać latarnię morską. Tylko Oni, tylko wzburzone wody morza i światło latarni. Jest codzienność, jest podział obowiązków … jednak już tutaj na starcie zaczynają się zgrzyty oraz podziały.  Mamy tutaj różnice wieku oraz różnicę doświadczenia, jednak czy to może być powodem do zaczątku czegoś większego, czegoś co zacznie się wykluwać w hermetycznie zamkniętej przestrzeni wyspy? Każdy z Nich przeżył coś innego w swoim życiu, każdy z nich ma inną historię, pytanie kolejne to – czy te historie są prawdziwe? na ile te historie są prawdziwe? Napięcie zaczyna rosnąć , atmosfera robi się co raz to bardziej gęsta, zaczynasz się dusić, czujesz się więźniem ale do końca jeszcze nie wiesz czyim lub czego.

Reżyser oraz współscenarzysta tego obrazu Robert Eggeers naprawdę poszedł daleko w swojej wizji tego co widzimy, powiem szczerze chyba już dawno nie widzieliśmy w kinie takiej formy przekazu. Jest to dosyć zaskakujący oraz mający wiele znaczeń film. Ukazanie człowieka, jego relacji, zachować, poprzez różne bodźce działające na zmysły. To coś co nie daje prostych odpowiedzi na to co widzimy, wręcz zasiewa niepokój w całości, gdzie czujemy iż zaczynamy przekraczać granicę szaleństwa oraz wchodzimy w ciemność bez możliwości wyjścia. Zaczyna się kluczenie w Otmęcie szaleństwa.  Sama oprawa tego filmu jest czymś co ma widza wybić z pewnej strefy bezpieczeństwa. Tutaj wszystko ma rozbudzić nasze zmysły, obraz i zachowanie bohaterów prowokuje, straszy, zdumiewa. Sam huk uderzających fal o skały oraz ciągłe buczenie latarni wprowadza widza w pewien trans, pewną przestrzeń w której odnajdujemy się z biegiem czasu. Ten dźwięk odbija się w naszej głowie.  Podążamy za każdym z nich z osobna, staramy się zrozumieć lub chcemy na siłę zrozumieć. To nie jest zwykły kolorowy obraz, gdyż wtedy nic nie miało by aż tak wielkiego sensu. Tutaj należało to ubrać w surowość. Tak też się stało. Czarno-białe zdjęcia są raz (mając wrażenie) chaotycznie zmontowane w pośpiechu, a raz dosyć statycznie, to w całości buduje od samego początku klimat narastającego zbliżającego się niebezpieczeństwa. Nie wiemy co ono ze sobą niesie. To tak jak by obłęd i paranoja zaczynała władać obrazem jaki widzimy. Już po kilkunastu minutach filmu, granica „normalności” zostaje przerwana. Wdziera się halucynacja przełamywana szaleństwem, złością, wulgarnością … to już inny świat. Ten obraz to naprawdę totalnie skrajne kino, które jest odmienne do czego przyzwyczaja się widza. Oglądając te obrazy, miałem po części w głowie Aronofsky’ego, którego to filmy także działają na widza w sposób brutalnie nachalny. Chcesz gdzieś uciec? Nie masz gdzie, jesteś uwięziony w swojej głowie oraz na wyspie. Ani z tego, ani z tego nie ma ucieczki.

Jednak sam film to nie wszystko, tutaj koniecznie zwracamy uwagę na te dwie role męskie, role równorzędne, które są niezmiernie od siebie zależne, które wpływają na siebie bardzo mocno powodując zgrzyty. Stal ociera się o stal, drzewo o drzewo, kamień o kamień … do końca nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak to się wszystko skończy. Willem Dafoe oraz Robert Pattinson, to jest film tych dwóch aktorów, którzy przechodzą samych siebie. To naprawdę wielki popis, czegoś co rzadko się widuje na wielkich ekranach. Przez prawie 2 godziny obserwujemy jak wszystko kipi w głównych bohaterach. Budzi się energia, która z każdą minutą przeradza się w coś, czego nie da się okiełznać. Jeśli chodzi o Dafoe, to już znam jego nie jedną rolę i wiem jakie pokłady w nim drzemią, dla Niego nie ma roli niemożliwej. Za to sam Pattison, był dla mnie wielkim zaskoczeniem. Twórca w jakiś sposób potrafił z tego aktora wykrzesać coś czego nigdy nie widziałem, w żadnym jego filmie. Dostał pewnego rodzaju siły, która wyciągnęła z Niego niesamowitą energię przeradzającą się w dzikość, wręcz w bestię. Przemiana bohatera ze spokojnego chłopca, uciekającego przed czymś, z celem na przyszłość. Następuje zwrot i ten chłopiec staje się mężczyzną, który jest w stanie posunąć się do wszystkiego. Niesamowite emocje widać w tym aktorze. Ważne jest  to, że On w niczym nie ustępuje starszemu koledze po fachu. Dotrzymuje mu kroku i to tworzy niezwykle poruszający tandem!

„The Lighthouse” to nie jest kino dla każdego. To kino dla konesera, który potrafi się wedrzeć swoim umysłem w obraz i pozwolić na to, by obraz wdarł się w głowę. To szaleństwo innego wymiaru, to wulgarność na każdej przestrzeni, to zło rodzące się w zamkniętej przestrzeni. Idealna mapa człowieka i jego zachowań w sytuacji, gdzie zaczyna tracić się bezpieczeństwo oraz grunt pod nogami. W momencie utraty własnej wartości, staramy ratować się to co jeszcze zostaje w środku. Podobno każdy cel uświęca środki … czy tak jest w tym przypadku?

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s